Autostop w Meksyku.

Nigdy nie zapomnę tej chwili: zachodnie wybrzeże Meksyku, droga z Zihuatanejo do Acapulco. Siedzimy na pickupie, którego przed chwilą załapaliśmy na stopa i jedziemy sobie ciesząc się jak „małe dzieci”. Dla mnie takie chwile są synonimem wolności. Czujesz przysłowiowy wiatr we włosach, słońce Ci świeci w twarz. Nie wiesz, gdzie dziś będziesz spał oraz dokąd dotrzesz. Nie myślisz co było wczoraj, przyszłości nie planujesz. Liczy się teraz.

Jak wyglądało pierwsze łapanie autostopa?

Naszym planem było dostać się z Tequila City do Puerto Vallarta nad Pacyfikiem. Jakieś skromne 300 km drogi. Pierwszym wyzwaniem było dojechać z centrum miasteczka do biegnącej na obrzeżach autostrady. Obmyślając plan w typowej, ulicznej restauracyjce, po wcześniejszym skonsumowaniu Tacos’ów zagadaliśmy do siedzącej obok Meksykanki. Siłą perswazji, osobistym urokiem oraz wysublimowaną kulturą udało nam się owe dziewczę namówić do podwózki do autostrady. Wcześniej wzbudziliśmy ciekawość właścicieli baru – matki z synem. Padały pytania skąd jesteśmy i gdzie się wybieramy z tymi dużymi plecakami. Fota obowiązkowa.

Na lewo siedzi Meksykanka, która jeszcze nie wie, że zaraz będzie nas musiała zawieźć na obrzeża miasta.

Idąc do samochodu, po drodze dorwaliśmy w warzywniaku prawdziwy, meksykański karton oraz wymusiliśmy wypożyczenie flamastra. Dojechanie do autostardy biegnącej obok miasteczka zajęło nam około 15 minut. Sympatyczna Meksykanka wysadziła nas przy bramkach. Po szybkim pożegnaniu się, poszliśmy szukać dobrego miejsca do polowania na autostopa.

Oczywiście był to Nasz pierwszy raz. Nigdy tego nie robiliśmy, nawet w Polsce. Tak więc, chyba wybraliśmy dobre miejsce jak na pierwszy raz: Ameryka Łacińska, Meksyk, stan Jalisco.

Prawdziwi meksykański karton. 😁

Jak na autostradę ruch był znikomy, ale już po godzinie wystawiania kciuka w górę zatrzymał się Pickup i jak się okazało jedzie tam gdzie my.

Długo nie staliśmy, lekko ponad godzina i coś się zatrzymało.

Jedna z największych przygód życia rozpoczęła się: pokonanie 300 km na pace meksykańskiego PickUp’a.

Oczywiście pogoda w tym dniu była najgorsza podczas naszego pobytu, ale niezapomniane wrażenia wszystko wynagrodziły.

Trochę wiało.

Widoki były przednie. Był moment co jechaliśmy przez góry porośnięte bujną roślinnością. Wiało bardzo mocno, ponieważ Meksykanie za nic mają ograniczenia prędkości. Z tego powodu musieliśmy się troszkę „znieczulić” meksykańską Coroną.

Do celu dojechaliśmy w nocy.


A może by tak złapać na stopa wielkiego TIRa?

Tego sympatycznego Pana i jego powóz dorwaliśmy idąc wzdłuż drogi polując na stopa. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się pod wiaduktem, aby uchronić się przed słońcem.

Chyba przez ten skwar nikt nie chciał albo nie miał sił zatrzymać się i nas zabrać. W końcu zobaczyliśmy przed nami stojącego na poboczu białego, ogromnego Truck’a. Po błyskawicznej wymianie zdań wrzuciliśmy plecaki do kabiny i ruszyliśmy w trasę.

Kierowca tej ogromnej ciężarówki jak przystało na prawdziwego Meksykanina miał dużego wąsa, sympatyczny uśmiech na twarzy, znał tylko hiszpański i był skory do pomocy. Kiedy po przejechaniu w żółwim tempie kilkudziesięciu kilometrów, okazało się, że będzie skręcał w innym kierunku niż nas interesuje, to bez wahania zboczył na chwilę z kursu, zjechał z autostrady i „rzucił nas” do najbliższego miasteczka.


Dla takich chwil warto żyć.

Najpiękniejsze w takich momentach jest to, że stajesz się na nowo dzieckiem. Marzenia z dzieciństwa łączą się z obecnymi marzeniami, dając Ci niezapomnianą przygodę.

Stopowanie przez Meksyk nie zawsze jest łatwe. Jednego dnia „złapiesz” samochód w godzinę i pojedziesz nim do celu 400 km. Innego dnia stoisz cały dzień i łącznie dwoma zatrzymanymi samochodami przejedziesz 70 km, a Twoim celem było przejechanie ponad 500 km. Wtedy idziesz na nocny autobus, myjesz zęby w dworcowym WC i następnie jedziesz całą noc do celu. Plus jest taki, że śpiąc w autobusie, zmieniając przy tym pozycje pięćdziesiąt razy nie musisz płacić za nocleg.

Czasem trzeba też na stacjach robić kanapki, przy zaciekawionych Meksykaninach.

Należy szukać miejsca, gdzie jest cień i co najgorsze trzeba iść z centum miasta na obrzeża, najlepiej na wylotówkę – czasami dotarcie zajmuje grubo ponad godzinę, a nawet dwie przy temperaturze plus 35 stopni. Bardzo dobrym miejscem na stanie są stacje benzynowe. Należy również pamiętać, że dobrze mieć jakiś karton z wypisanym miejscem gdzie chce się jechać. Zawsze szliśmy do pierwszego lepszego sklepu, gdzie nigdy nie było problemu z dostaniem flamastra itp. Oczywiście sam kciuk też wystarczy. Co jest lepsze? Trudno powiedzieć. Pewnego dnia nawet Ubera złapaliśmy. Chłopak kończył już pracę, ale nas zabrał po drodze. Oczywiście nic nie musieliśmy płacić.

The end.

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *